Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto w przeciągu ostatniego tygodnia nie słyszał ani razu „Cień i kość”. 23 kwietnia 2021 r. miała miejsce premiera serialu na podstawie pierwszej części trylogii z uniwersum grisza autorstwa Leigh Bardugo. Jak się okazało, scenarzyści wpletli tam również wątek duologii „Szóstki wron”, którego akcja dzieje się po wydarzeniach z trylogii. Połączenie dwóch odrębnych od siebie serii w jeden serial wzbudziło pewne kontrowersje. Czy ostatecznie wyszło to na dobre? I jak odbierany jest całokształt serialu?

Trzy wątki w jednej historii

Podstawowym wątkiem „Cienia i kości” jest odkrycie drzemiącej mocy w Alinie Starkov, sierocie z Keramzina, która potrafi przyzwać światło. Wywołuje to zainteresowanie głównego antagonisty, czyli Zmrocza, który natomiast włada cieniami. Ta historia została całkiem wiernie przeniesiona z książki na ekran, dlatego co do tego nie mam większych zastrzeżeń (całą recenzję książki możecie przeczytać tutaj). Jeśli ktoś nie przeczytał jeszcze pierwszej części trylogii grisza, powinien zrobić to przed obejrzeniem serialu, by zbyt wiele sobie nie zdradzić.

Równocześnie rozwija się wątek Kaza, Inej oraz Jespera, którzy tworzą Klub Wron. Jak wspomniałam wcześniej, te postacie pojawiają się dopiero w „Szóstce wron”, a więc parę lat po wydarzeniach z „Cienia i kości”. Początkowo zapatrywałam się na to, iż ich historia będzie stanowiła pewnego rodzaju prequel do kolejnego sezonu, w którym być może zadzieje się już dobrze nam znana fabuła z duologii. Sądziłam przy tym, że te dwa wątki poprowadzone zostaną równoległymi torami. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy Wrony przyjęły zlecenie uprowadzenia Przywoływaczki Słońca i miały okazję osobiście ją poznać.

Trzecim poruszanym wątkiem w serialu jest historia poznania się Niny oraz Matthiasa. Miło się zaskoczyłam widząc ich na ekranie. W „Szóstce wron” mamy jedynie retrospekcję z tego, jak ta dwójka się poznała. Tym bardziej cieszę się, że scenarzyści zdecydowali się wpleść również ich do fabuły. Udało im się przy tym odzwierciedlić ten wątek w sposób najbardziej zbliżony do tego książkowego ze wszystkich trzech. Ucieszyło mnie to, gdyż Nina oraz Matthias byli moją ulubioną parą w duologii, a ich historia miłosna dostała specjalne miejsce w moim sercu. Osobiście poświęciłabym ich wątkowi nieco więcej scen, niż miało to miejsce podczas serialu…

„Cień i kość” zawiodło moje oczekiwania?

Drogi Czytelniku, w tej sekcji mogą pojawić się spojlery co do serialu, a także i książki „Cień i kość”. Dlatego jeśli jesteś jeszcze przed lekturą lub oglądaniem to pomiń ten fragment i przejdź od razu do ostatniego nagłówka, czyli podsumowania.

Pierwszy temat, na jaki chciałabym się wypowiedzieć, to wymieszanie bohaterów z dwóch serii Bardugo w serialu. Ta decyzja wzbudziła wiele kontrowersji i sama muszę przyznać, że miałam pewne obawy co do tego. Tuż po obejrzeniu „Cienia i kości” poczułam swego rodzaju rozczarowanie. Pierwsze, co wówczas pomyślałam, to to, że scenarzyści nie stanęli na wysokości zadania. Zabrakło mi wiernego oddania papierowych historii, ewentualnie z niewielkimi odchyleniami. Mówiąc wprost: oczekiwałam czegoś innego. Gdy jednak przespałam się z tą myślą, kolejnego dnia podeszłam do sprawy o wiele bardziej analitycznie. Przecież to świetny dodatek dla tych, co przeczytali książki! Mamy tu mnóstwo smaczków, choćby konfrontacja Zmrocza i Kaza czy początkujące uczucie Kaza i Inej. Przeczytałam już przecież serię Bardugo, dlaczego miałabym jeszcze oglądać ją 1:1 na ekranie?

Dalej chciałabym poruszyć kwestię bohaterów. Jak dla mnie obsada została genialnie dobrana, a już na pewno pod względem wizualnym. Po obejrzeniu serialu nie wyobrażałabym sobie kogokolwiek innego grającego Kaza, Jespera czy Zmrocza. Gra aktorska również była na bardzo wysokim poziomie. Widziałam jak na dłoni wczucie się aktorów w swoje role. Co mnie zaskoczyło, szczególnie uwielbiałam sceny z Jesperem. Nie sądziłam, że da się tak świetnie zagrać komediową postać i pozostać przy tym naturalnym. Szczególnie rozbawił mnie jego duet z kozą, której jedynym zadaniem było uspokojenie Jespera w trakcie przeprawy przez Fałdę Cienia. Milo skradła całe show, a już w zupełności moje serce.

Jedyne zastrzeżenia mogę mieć tylko do Kaza. Owszem, wciąż wiał chłodem i bezwzględnością, jednak nie w takim stopniu, jak w „Szóstce wron”. Tutaj pokazał się od tej nieco wrażliwszej strony, zwłaszcza w kontaktach z Inej (której przecież w duologii kazał wspinać się po rozgrzanym piecu, prawda?). W oczy rzuciły mi się także jego charakterystyczne rękawiczki, a raczej to, że wyciągał w nich dłonie do uścisku. Serio? Kaz Brekker i dobrowolne dotknięcie kogokolwiek? Od tej postaci oczekiwałam największego zaskakiwania odbiorcy, lecz w niektórych momentach zdawało mi się, że brakuje mu planu. To niepodobne do lidera Wron.

W książkowej wersji „Cienia i kości” byłam absolutną przeciwniczką Mala, postaci tak źle dla mnie skonstruowanej, że niekiedy nawet niepotrzebnej. W serialu o dziwo był nawet do zniesienia. Wciąż wiele mu zabrakło, by w zupełności mnie porwać, ale może w tym celu trzeba by zmienić fabułę?

Moje zastrzeżenia wzbudził również początek siódmego odcinka, w którym miała miejsce retrospekcja z życia Zmrocza o stworzeniu Fałdy Cienia. Pojawiła się tam jakaś Uzdrowicielka szczególnie bliska sercu naszemu antagoniście, której śmierć wywołała tak duże poruszenie w sercu Zmrocza, że zaczął szukać sposobu na powstrzymanie prześladowań griszów. Sięgnął tym samym do zapisków Morozova (swoją drogą i to zostało potraktowane po macoszemu, gdy tymczasem w trylogii stopniowo odkrywaliśmy tę tajemnicę). O ile może byłabym w stanie uwierzyć, że właśnie w ten sposób powstało Niemorze, o tyle moim zdaniem ten fragment powinien trafić do kosza. Nie uważam, że wyjaśnienie, jak doszło do utworzenia Fałdy Cienia, jest w zupełności niepotrzebny. Jasne, dobrze rozegrane mogłoby to stanowić świetny prolog do całej historii. Po prostu twierdzę, że wciśnięto tę scenę w złym momencie.

Skoro już jesteśmy przy Zmroczu, muszę wspomnieć o jeszcze jednym. Jak dla mnie został odegrany naprawdę genialnie, sprostał moim oczekiwaniom. Zbiło mnie natomiast z tropu, gdy już w trzecim odcinku kazał Alinie zwracać się do niego po imieniu. Przecież jego prawdziwe imię było owiane tajemnicą i miał ją wyznać niedługo przed śmiercią! Ten intrygujący Zmrocz z trylogii wyłożył się na tak błahej sprawie.

Podsumowanie

Serial oglądałam z siostrą, która nie czytała wcześniej „Cienia i kości” ani „Szóstki wron”. Już po pierwszych minutach pierwszego odcinka padały następujące pytania: „co to jest kefta?”, „co tu robi wielka czarna dziura?”, „po co to rozbicie na Mały i Wielki Pałac?”. Serial nie tłumaczy funkcjonowania świata griszów w taki sposób, aby osoba nie czytająca serii była w stanie sprawnie się w nim połapać już od pierwszego odcinka. Tym bardziej jestem zdania, że wpierw książka, a dopiero potem adaptacja.

Aktorzy odegrali swoje role niemalże idealnie (z drobnymi zastrzeżeniami). Absolutnie nikt mnie nie zawiódł, a niektórzy bohaterowie nawet miło mnie zaskoczyli. Widać staranną dokładność, z jaką dobrana została obsada.

Na uznanie zasługują również wszelkie efekty specjalne, muzyka, scenografia oraz kostiumy. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jeszcze nigdy nie widziałam tak dopieszczonej oprawy jakiegokolwiek serialu młodzieżowego (co zwłaszcza jest widoczne w przypadku fantasy). W Ravce na każdym kroku czuło się powiew Rosji, z której czerpała Bardugo. Co ciekawe, utworzono nawet osobne języki, jakimi posługiwano się w Ravce oraz we Fjerdzie (Matthias i Nina). Niewiele jest uniwersów fantasy, a już zwłaszcza w adaptacji filmowej o równie kunsztownym świecie przedstawionym.

Czy poleciłabym serial „Cień i kość”? Jak najbardziej. Szczególnie gronu wiernych czytelników Leigh Bardugo, a dopiero w drugiej kolejności tym, co nie czytali serii. W żadnym z wypadków nie można jednak oczekiwać pełnego oddania fabuły z książki na ekran oraz odwrotnie. Powinno się rozgraniczyć „Cień i kość” jako serial oraz książka, aby nie zawieść własnych oczekiwań. Gdy zejdą ze mnie emocje po pierwszym wrażeniu, rozważam ponowne obejrzenie adaptacji.

A Wy jak oceniacie „Cień i kość”?

One thought on “„Cień i kość”. Serial dorównujący książce?

Comments are closed.