Zbierając myśli do napisania najtrudniejszej recenzji w moim dotychczasowym życiu, próbowałam sobie przypomnieć, po jakiej innej książce czułam równą pustkę, jak po „Małym życiu”. Żadna nie przychodzi mi na myśl. Prędzej czy później pojedyncze myśli układały mi się w całość, a wystukując je na klawiaturze mogłam nadać im kształt. Teraz jednak brakuje mi jakiejkolwiek myśli, której mogłabym się uczepić, i za którą mogłabym podążyć dalej. Tym krótkim, choć odrobinę enigmatycznym wstępem, myślę że paradoksalnie najlepiej umiem odzwierciedlić to, co zrobiła ze mną Hanya Yanagihara. Zostawiła mnie rozbitą, wypraną z emocji i z uczuciem pustki zamiast serca.

„Małe życie” Hanya Yanagihara

Kłębiło się we mnie mnóstwo emocji, z których połączenia nic nie wynikało, tylko jakaś drętwota, brak uczuć wywołany nadmiarem uczuć.

Opowieść o… życiu

Trudno mi nawet określić, o czym dokładnie opowiada „Małe życie”. Blurb na tylnej stronie okładki zapowiada, że śledzić będziemy losy czterech przyjaciół (Willema, JB, Malcolma i Jude’a), gdzie każdy żyje swoim życiem, choć ich drogi wzajemnie się przeplatają. I tak, i nie. Bohaterów poznajemy tuż po ukończeniu przez nich studiów, gdy udają się do Nowego Jorku, by tam zacząć nowy rozdział. Każdy z nich mierzy się z własnymi trudnościami, jak chociażby niezaspokojeniem swoich ambicji czy cudzych oczekiwań. Na swój własny sposób próbują odnaleźć się w „dorosłym” świecie, poskładać samych siebie w całość i brnąć dalej naprzód, wspierając się wzajemnie.

Książka daje szansę na opowiedzenie swojej historii nie tylko wspominanym wyżej czterem przyjaciołom, ale także i im najbliższym. Od pewnego momentu koncentruje się ona w znacznie większej mierze na osobie Jude’a. Z początku niewiele o nim wiemy my, czytelnicy, ale i sami jego przyjaciele. Ten tajemniczy człowiek przez kolejne strony obnażać będzie część swojej bolesnej przeszłości, przez którą choruje, nie dopuszcza do siebie nikogo i ukrywa się w łazience z ostrymi przedmiotami.

Wzruszenia, nadzieje i bezsilność

Zmagania z „Małym życiem” zajęły mi pięć miesięcy. Ktoś mógłby pomyśleć, że głównym powodem tego była objętość książki, czyli 800 stron. Nie jest to jednak pełna odpowiedź; gdyby było to 800 stron żwawej akcji w dopracowanym uniwersum fantasy, „Małe życie” pochłonęłabym w oka mgnieniu. Historia zawarta w „Małym życiu” to właściwie zbiór kilkunastu przeróżnych historii bohaterów zbudowanych z niewyobrażalną dbałością o głębię psychologiczną. Zebrane razem sprawiają, że czytelnik mimowolnie roni choć kilka łez co parę stron. Czasami są to łzy wzruszenia, gdy bohaterzy dojrzewają, starzeją się i zmienia się wszystko wokół nich za wyjątkiem jednego — ich przyjaźni. Niekiedy są to łzy pełne nadziei, oczekiwania, że trudy bohaterów zostaną im wynagrodzone, że wszystko co najgorsze już za nimi i teraz będzie już tylko lepiej. Najgorsze z tych łez to łzy bezsilności, gdy czytelnik uświadamia sobie, że życie pełne jest rozczarowań, a Hanya Yanagihara nie oszczędza nikogo.

„Małe życie” Hanya Yanagihara

Umiejętność niepłakania była jego jedynym osiągnięciem, jedyną rzeczą, z której mógł być dumny.

Trauma, strata, marzenia, przyjaźń, nadzieja — oto fundamentalne motywy, na których wybudowane zostało „Małe życie”. Rolę konstrukcji pełnią bohaterowie z krwi i kości, jednak uwięzieni na kartach powieści. Pozostałą przestrzeń wypełniają ludzkie troski, przemyślenia, próby stawienia czoła własnemu życiu.

„Małe życie” każdego z nas

Niewiele jest tu akcji samej w sobie. Skupiamy się przede wszystkim na tym, co dzieje się w głowach naszych bohaterów. Z jednej strony książka ta pozwala nieco wyhamować, zatrzymać się i skłonić do przemyśleń. Z drugiej zaś strony, wracam do myśli sprzed kilku akapitów — nie bez przyczyny lektura „Małego życia” zajęła mi pięć miesięcy. Zdarzało się, że czytałam krótki fragment książki, który wywoływał u mnie lawinę łez, a następnie myślałam o nim przez cały tydzień i zbierałam się do przeczytania kolejnego fragmentu.

Choć minął miesiąc, odkąd skończyłam „Małe życie”, a sześć miesięcy od momentu, kiedy sięgnęłam po powieść pierwszy raz, wciąż dobrze pamiętam jej treść; nie mówiąc już o tym, jak doskonale ugrzązł we mnie cały ból, jaki ze sobą niosło jej czytanie. Jak już wspomniałam, łzy różnego rodzaju towarzyszyły mi przez całą lekturę. Może też dlatego właśnie zakończenie sprawiło, że nie uroniłam ani jednej. Zamiast tego zamknęłam książkę, położyłam ją na swoich kolanach i poczułam wszechogarniającą pustkę. Bo właśnie takie jest nasze życie — małe, kruche, nietrwałe. I niesamowicie samotne — choć po drodze spotykamy wiele wspaniałych osób, ostatecznie każdy sam stawia czoła swojemu małemu życiu.

„Małe życie” Hanya Yanagihara

Moje życie, pomyśli, moje życie. Więcej pomyśleć nie zdoła i będzie powtarzał te słowa w kółko — trochę kantyczkę, trochę przekleństwo, trochę krzepiący refren — osuwając się w ten inny świat, który odwiedza, gdy włada nim taki ból, świat, który nigdy nie jest daleko od jego własnego, ale którego potem nigdy nie pamięta: Moje życie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *