Jestem zwolenniczką wielotomowych serii niż pojedynczych książek. Szybko przywiązuję się do bohaterów i bardzo trudno mi się z nimi rozstać, a już zwłaszcza, gdy pochłonie mnie świetnie zbudowany świat przedstawiony. Niestety, ale wszystko kiedyś się kończy. Z bólem serca przyszło mi zatem przeczytać siódmą część uniwersum grisza Leigh Bardugo. Póki co nie ma żadnych przesłanek, czy miałaby powstać kolejna. „Rządy wilków” natomiast dostarczyły mi wiele emocji, co powinno mi wystarczyć na naprawdę długi okres czasu.
Szerokie pole widzenia
Ze spraw organizacyjnych podkreślę, że „Rządy wilków” to kontynuacja duologii „Król z bliznami”. Do przeczytania tej książki wymagana jest znajomość wcześniejszych dzieł Bardugo – ze względu na fabułę, ale także funkcjonowanie uniwersum. O tyle, o ile w „Królu z bliznami” występowały regularnie trzy, pod koniec i cztery, punkty widzenia, o tyle w „Rządach wilków” mamy ich aż pięć. Dodatkowo są to relacje bohaterów z aż trzech państw: Ravki, Shu Hanu oraz Fjerdy. Tym samym widzimy przygotowania do wiszącej w powietrzu wojny z kilku linii frontów.
Perspektyw mamy pięć, jak wcześniej wspominałam. Zoya Nazyalensky i Nikołaj Lancov relacjonują nam przygotowanie Ravkańczyków do wojny za pomocą przeróżnych środków. Nina Zenik nadal działa pod przykrywką w Fjerdzie, gdzie szpieguje na korzyść Ravki. Pojawia się również nowa-stara perspektywa Zmrocza, a właściwie Zmrocza uwięzionego w ciele Mnicha. Sytuację w Shu Hanie obserwujemy natomiast oczami Mayu Kir-Kaat, gwardzistki księżniczki Ehri. Tym samym mamy naprawdę szeroki podgląd na perypetie całego kontynentu; wynikło z tego niemal 600 stron obszernej lektury. Co ciekawe, Bardugo zdołała się w tym wszystkim nie pogubić, przez co nie udało mi się dopatrzyć jakiejkolwiek luki.
Absolutnie na plus, moim zdaniem, okazało się być przedstawienie kultury, a także ustroju innych państw poza Ravką. Fjerda i Shu Han przetaczały się w ogromnych ilościach przez wszystkie części z uniwersum grisza, a mimo tego odniosłam wrażenie, że bardzo mało o nich wiemy. Nie były to również suche fakty w stylu: „Shu Hanem rządzi dynastia Taban”. Pokazane zostały także tamtejsze zagrywki, intrygi polityczne, a znani nam bohaterowie mieli bezpośredni kontakt z władcami tychże krajów. Pomogło to w jeszcze lepszym zaaklimatyzowaniu się w świecie stworzonym przez Bardugo.
„Rządy wilków” potraktowane zostały z matczyną pieszczotliwością
Idąc dalej za głównym wątkiem historii (przygotowywanie, a później sama wojna i jej następstwa) muszę przyznać, że pozostało mi tylko stać i klaskać. Co prawda może się wydawać, że początek jest nieciekawy i brakuje w nim żywej akcji, z jakiej to słynie Bardugo. Po przeczytaniu „Rządów wilków” zdałam sobie natomiast sprawę, że autorka już od pierwszych stron wodzi nas za nos, śmieje nam się prosto w twarz. Podsyła niby nic nieznaczące tropy, informacje, które ulatniają nam się z głów, by ostatecznie ułożyły się w jakże klarowną całość. Przykład? Niech będą chociażby potajemne ćwiczenia Hanne w formowaniu własnego wyglądu albo ikoniczne zachowanie Kaza Brekkera, który zdecydował się udawać bezdomnego.
Niewiele wiem o technikach wykorzystywanych na polu bitwy, a już zwłaszcza o maszynach i różnego rodzaju wynalazkach, które znajdują tam zastosowanie. Widać zatem, że Bardugo nie potraktowała researchu po macoszemu. Podeszła do sprawy naprawdę profesjonalnie i zdobytą wiedzę postanowiła przelać na strony książki. Mogła przecież wsadzić w usta bohaterów: „Potrzebujemy byle jakiego metalu do zbudowania rakiety”. Zamiast tego bohaterzy mówili: „Potrzebujemy tego konkretnego tytanu ze względu na jego właściwości”. Świetnie czyta się utwór, w który autor włożył mnóstwo starań oraz ciężkiej pracy. Jak na dłoni widać przy tym wręcz matczyną pieszczotliwość, z jaką Bardugo zasiadła do stworzenia kolejnego ze swych dzieci.
Szczęśliwe zakończenie… Nie dla wszystkich
Mówiąc o nowoczesnych wynalazkach, nie sposób pominąć Davida Kostyka. Co tu dużo mówić? Myślę, że u większości osób, które od początku śledziły jego losy jeszcze w trylogii „Cień i kość”, wzbudził on sympatię. Chociażby ze względu na jego… Inność. Nie był szablonową postacią, jego charakterystyczne poplamione od atramentu palce, a także wiecznie przypalone końcówki fioletowej kefty, przemawiały za jego osobowością. Zrobiło mi się bardzo żal Genyi, której w noc poślubną przyszło opłakiwać ukochanego. Już wcześniej wiele wycierpiała, dlatego miałam nadzieję, że w końcu jej życie stanie się spokojniejsze. Nie uważam, że uśmiercenie Davida stanowiło dobrą decyzję, ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego Bardugo to zrobiła. Być może wiedziała, że ten geniusz prędzej czy później wymyśli coś wspaniałego, co przyczyni się do zwycięstwa Ravki. Gdyby tak się stało, przebieg kulminacyjnej bitwy wyglądałby zupełnie inaczej. Ten natomiast jest doprawdy kunsztowny i rewelacyjny.
Skoro już jesteśmy przy wątkach miłosnych… Historia Zoi oraz Nikołaja właśnie ulokowała się na pierwszym miejscu mojego małego rankingu. A już na pewno mówiąc o książkach młodzieżowych, gdzie dobre love story jest tak często spotykane jak biały kruk. Już wcześniej zachwycałam się tym, jak doskonale zbudowane są postacie w uniwersum grisza. Bardzo się ucieszyłam, gdy okazało się, że Bardugo w tej kwestii postanowiła mi nie złamać serca i rozwinęła relację tej dwójki. Świetnie się uzupełniają oraz wspierają w trudnych chwilach. Nie pałali do siebie ognistą miłością od początku, lecz w sobie nawzajem potrafili odnaleźć ukojenie. To właśnie uczyniło ich wyjątkowymi. Zarazem są moimi ulubionymi bohaterami ze względu na ich charakterystyczne sposoby bycia!
„Rządy wilków” wysunęły jeszcze jedną historię miłosną na pierwszy plan. Chodzi oczywiście o Ninę oraz Hanne. Cóż, już w „Królu z bliznami” czułam, co wisi w powietrzu. Niekiedy miałam co do tego sceptyczne podejście, ale mimo to kibicowałam ich dwójce (zwłaszcza Ninie, która także przez wiele przeszła w poprzednich częściach i zasługiwała na szczęście). Dopiero kiedy wydawało mi się, że Hanne nie żyje, co później okazało się być farsą, na dobre zaakceptowałam ich związek. Choć muszę przyznać, że odrobinę zgrzytałam zębami na to, że Hanne przybrała na stałe formę księcia…
Nieoczekiwani goście
Pod koniec „Króla z bliznami” miałam pewne obawy związane z przywróceniem Zmrocza. Jest w mojej opinii jedną z lepszych postaci w arsenale Bardugo, zwłaszcza przez wzgląd przez na jego tajemniczość. Dodatkowo jest silnym przeciwnikiem, z którym trzeba się liczyć przy podejmowaniu różnych decyzji. Już samo jego pojawienie się generowało lawinę konfliktów (rzecz jasna to było do przewidzenia, że nie będzie zamierzał potulne siedzieć w zamknięciu). Świetnym zagraniem okazało się skumulowanie wszystkich bohaterów, z których perspektywami mogliśmy się zapoznać, w jednym miejscu – na polu bitwy. Początkowo nie miałam pojęcia, jak niby miałby się tam pojawić Zmrocz, a już zwłaszcza, co zamierza zrobić na wolności. Świetnie rozegrał zmanipulowanie wierzącymi w Bezgwiezdnego i tym samym popchnął ich w kierunku wojny. Jego pojawianie się w różnych miejscach w nieoczekiwanych momentach można uznać za pewnego rodzaju cechę rozpoznawalną.
Pojawienie się bohaterów z duologii „Szóstka wron” podziałało jak miód na moje serce. Zwłaszcza po serialu „Cień i kość”, gdzie zaaranżowano spotkanie postaci z tych dwóch serii. Obawiałam się w pewnym momencie, że „Rządy wilków” to będzie skumulowanie wszystkiego, co Leigh Bardugo do tej pory napisała. Martwiłam się, że wprowadzi tym samym zbyt wiele zamieszania i wyjdzie z tego misz-masz. Ku mojemu zachwytowi, wcale tak się nie stało; Wrony odegrały swoją rolę na najwyższym poziomie.
Tworzywo serca świata
Wyżej wspomniałam, że głównym wątkiem książki jest oczywiście otoczka wokół wojny Ravki i Fjerdy. Owszem, na pierwszy rzut oka to prawda, ale przełomowe starcie wysunęło także drugie, nieco bardziej ukryte dno „Rządów wilków”. „Tworzywo serca świata” to nie tylko zakładka w połowie książki, a kwitesencja wszystkiego tego, do czego zmierzała Bardugo. Udało jej się ukazać moc griszów wychodzącą poza wszelkie schematy. W „Cieniu i kości” nikt nie wykraczał ze swoimi umiejętnościami poza zakon, do jakiego należał. Jesteś akwatykiem to jesteś akwatykiem i basta! Zoya Nazyalensky przełamała wszystkie możliwe bariery i stała się prawdziwą potęgą, która sięgnęła do korzeni. Do przeszłości. Do pierwszych griszów, którzy stawali się żywymi amplifikatorami, co dopiero później przerodziło się w robienie bransoletek czy naszyjników z części danego zwierzęcia.
Nie uważam, że przemienienie Zoi w smoka na polu bitwy było w jakiś sposób przesadzone. Było jak najbardziej potrzebne, a już na pewno widowiskowe. Ośmieliłabym się nawet stwierdzić, że w pewien sposób i majestatyczne. Końcowe strony książki to tak naprawdę wyprawa do źródła, z którego wzięła się cała moc griszów. Ukryte w górach cierniowe drzewo zapewniało przecież równowagę na świecie. Gdy coś ją zakłóciło, wówczas w wielu miejscach zaczęły powstawać plagi, jakby rozszerzająca się Fałda Cienia. Konieczna była zatem ofiara, aby przywrócić stary ład. Także i ponowne wykorzystanie postaci Aliny i Mala miało według mnie pewne znaczenie symboliczne. To oni rozpoczęli całą serię i to oni ją kończą. Przez tę klamrę uważam, że Bardugo nie skłoni się do kontynuowania tej serii, choć już nieraz mnie zaskoczyła.
„Rządy wilków”, czyli kropka nad „i”
Jednogłośnie mogę stwierdzić, że „Rządy wilków” to moja ulubiona część uniwersum grisza Leigh Bardugo (choć Wrony są tylko minimalnie do tyłu). Miałam co do niej ogromne oczekiwania, zwłaszcza po lekkim zawodzie po przeczytaniu „Króla z bliznami”. Teraz mogłabym powiedzieć, że poprzedni tom stanowił nieco przydługi wstęp do właściwej akcji zawartej w tejże książce. Szczególnie interesowało mnie, jak bohaterowie postąpią w związku z powrotem Zmrocza. Bardugo postawiła sobie naprawdę wysoką poprzeczkę i muszę przyznać, że udało jej się dopiąć swego.
Nie licząc scen Zoi oraz Nikołaja, nikogo chyba nie zaskoczę stwierdzeniem, że najbardziej chwytającą za serce okazała się być ciągnąca się na przeszło sto stron bitwa wojsk fjerdański i ravkańskich. Przeczytałam ją za jednym razem, bez wstawania. Może dlatego tak mocno się wkręciłam. W niektórych momentach czułam nawet przyśpieszone bicie serca, a także jeżące się na rękach włosy, jakbym sama uczestniczyła w tychże wydarzeniach. Ostatni raz coś takiego czułam czytając serię Victorii Aveyard „Czerwona królowa”, w której wręcz roiło się od spektakularnych starć. Jeżeli chodzi o zaangażowanie czytelnika, Bardugo zdała egzamin celująco.
„Rządy wilków” to doskonałe zwieńczenie tego, co dotychczas wydarzyło się w uniwersum grisza. Po przeczytaniu tej książki nie potrafię sobie na dobrą sprawę wyobrazić, jak miałoby to wyglądać inaczej. Przecież wszystko miało logiczne wytłumaczenie, zazębiało się, a w dodatku ta kompozycja klamrowa (pojawienie się Aliny i Mala). Większość tej książki stanowiły moje zachwyty nad lekturą. Niekiedy nawet przeklinałam w myślach Bardugo za to, że tak wspaniale włada piórem. Kunsztu pisarskiego naprawdę należy jej zazdrościć. Z trudem rozstaję się zatem z jej twórczością, ale po cichu liczę, że dopiero się rozkręca i jeszcze zaskoczy nas wszystkich. „Rządy wilków” sprawiły, że jeszcze na długo pozostanę myślami z tym uniwersum.

